Newsletter
Szukaj
PL EN
Łaźnia
Idea Ludzie Organizator Partnerzy
Teksty

Wywiad z Ryszardem W. Kluszczyńskim | Martyna Maurin

Teksty | 10-03-2020
Z profesorem Ryszardem W. Kluszczyńskim o wystawie „Bez Granic. Przetworzone ciało – poszerzony mózg – usieciowiona sprawczość”, zanikaniu całości, księżycu i dostrzeganiu wyłącznie kury

– rozmawia Martyna Maurin

 

 Jest gorący czerwcowy dzień, ulicami miasta suną procesje, transport miejski dostosowuje swój rozkład do dnia świątecznego, a ogródki i klimatyzowane sale knajp pękają w szwach, mimo dość wczesnej, jak na dzień wolny od pracy pory. Spotkać się z Profesorem nie jest łatwo, swoim grafikiem mógłby obdarować niejednego akademika, a całą uczelnię, mimo to znajduje czas na rozmowę… Spotykamy się w związku z planowaną na listopad wystawą, będącą jednym z wydarzeń projektu Art+Science Meeting. Nasza rozmowa będzie dotyczyć świata, o którym tak ja, jak i wiele innych osób, mogłoby się nie dowiedzieć, gdyby na swojej drodze nie spotkało Profesora, wprowadzającego nas w tajniki net artu, bio artu i sztuki robotycznej.

 

Martyna Maurin: Profesorze, na 28 listopada zaplanowano wernisaż kolejnej wystawy związanej z projektem CSW ŁAŹNIA Art+Science Meeting, zatytułowanej Bez granic. Przetworzone ciało, usieciowiony mózg, poszerzona sprawczość. Czym będzie wyróżniać się to wydarzenie?

 

Ryszard W. Kluszczyński: Pierwszy raz nie zdecydowałem się zaprosić pojedynczego, pary czy grupy artystów. Tym razem zobaczymy pewną liczbę twórców, z których każdy zajmuje się czymś nieco innym. Moim celem było dobranie ich tak, by wyłoniła się z tej koncepcji jakaś rozproszona całość.

 

Podobno zastanawiał się Profesor nad zmianą tytułu wystawy, dokładnie terminu ‘sprawczość’ na termin ‘tożsamość’.

 

Tak, dlatego że ostatecznie, kiedy mówimy o mózgu, o ciele, to mówimy o sprawczości, o komunikacji zachodzącej pomiędzy ciałem, umysłem, emocjami. Pojawia się kwestia tożsamości jako pewnego projektu. Zwykle jesteśmy skłonni wyobrażać sobie, że to, co się wydarzy, jest podyktowane przez jakąś tożsamość, która podejmuje działanie. Natomiast tutaj chodzi bardziej o wyobrażenie sobie sytuacji, gdzie owa tożsamość jest wytwarzana przez wszystkie pojawiające się czynniki. Tożsamość jest performansem wydarzającym się za sprawą powiązań.

Przygotowywana w ŁAŹNI wystawa powinna skłaniać do myślenia, w jaki sposób we współczesnym świecie – coraz bardziej usieciowionym, w którym coraz bardziej jesteśmy uzależnieni od czegoś zewnętrznego, określającego nasze decyzje – zapośredniczenie sprawia, że do końca nie wiemy, kto jest tym partnerem, z którym wchodzimy w interakcje. Chodzi o sytuacje z naszej rzeczywistości, które próbujemy jakoś oswajać, nazywając je przy pomocy słów dotąd używanych w innych celach. Słów sprawiających, że nasze niezrozumienie się utrwala. Dawno temu, kiedy interesowałem się filozofiami Wschodu, wyczytałem u pewnego mistrza Zen uwagę, że możemy wskazywać księżyc palcem, ale powinniśmy uważać, żeby nie pomylić jednego z drugim…
 

Wśród zaproszonych artystów moją uwagę zwróciło nazwisko Marka Chołoniewskiego. Jakiej jego pracy możemy się spodziewać?

 

Chołoniewski zaprezentuje performans przygotowany z Chrisem Cutlerem. Zależało mi na zaproszeniu Marka, ponieważ już dawno temu zaczął w Polsce robić performanse dźwiękowe, w których używał urządzeń rejestrujących aktywność i pole magnetyczne swojego mózgu, który służył jako instrument przetwarzający dźwięk. Chołoniewski i Cutler swój performans pokażą w styczniu jako uzupełnienie wystawy. Niewykluczone, że na samej wystawie zobaczymy rodzaj dokumentalnej projekcji, instalacji prezentującej dokonania Marka.

 

Częścią wydarzenia będzie również inny performans: Eingeweide Marca Donnarumy, gdzie widzimy dwie osoby, złączone w dziwnym organicznym tańcu, rozedrganiu. Ciało artysty jest rozszerzone o dodatkowe ramię, przypominające mackę. Muszę spytać, jaki jest mechanizm sterowania owym ramieniem? Efekt jest niesamowity.

 

To urządzenie powiązane ze sztuczną inteligencją, więc już w tym momencie mamy do czynienia z ową rozproszoną sprawczością, o której wspominam w tytule. To działanie nie ma jednoznacznego przyporządkowania, jakiejś określonej podmiotowości zarządzającej.

 

Wiele prac artystycznych korzystających z nowych technologii budzi rodzaj frustracji związany z niezrozumieniem ich działania.

 

To efekt postępującej hybrydyzacji świata. To, co „jakoś” rozumiemy, teraz występuje w towarzystwie tego, czego dotąd w ogóle nie rozumieliśmy. Co uzmysławia nam, że musimy poszerzyć spektrum swoich kompetencji.

 

I to o dość specjalistyczne zagadnienia.

 

Tak, a gdy zaczynamy rozumieć, uświadamiamy sobie, że problem zaczyna się zmieniać. Pojawia się nowa forma tożsamości, która jest tożsamością rozproszoną i może być osadzona w wielu różnych podmiotach. Ta wielopodmiotowość, owo rozproszenie, może być szansą na niemożność ogarnięcia w ramach jednej perspektywy podmiotowej, całej złożoności wiedzy. Oczywiście można na to spojrzeć negatywnie, krytycznie, z niepokojem. Powiedzieć, że kończy się świat, w którym całość jest w ogóle do pomyślenia. Nie ma żadnych całości, są tylko fragmenty.

Natomiast sieć jest powiązaniem tych cząstek. Każdy fragment, nie będąc całością, desperacko domaga się innych elementów, bo tylko dzięki nim potrafi odnaleźć się w tej sytuacji. Takie powiązanie może być odbierane jako przemoc, ale może należy wyjść poza ten sposób myślenia. Trzeba przestać myśleć o sobie jako o całości, która wymaga utrzymania. Zaakceptować wartość bycia fragmentem, który nie domaga się innych, ale jest gotów na powiązanie z nimi, wtedy kiedy coś z tego wynika. 
 

Z drugiej strony, czy rozproszenie nie daje nam złudzenia różnorodności, zarazem prowadząc do tego, że różnorodność nam umyka, rozmywa się? Szybkość przenikania mód z jednego krańca świata na drugi, wszystko staje się podobne.

 

Aparat percepcyjny, a następnie recepcyjny ogarnia to, co jest w stanie, czyli to, co jest znajome. To kwestia poznawcza. Gubimy z pola widzenia wszystko, co jest nam obce.

Kiedyś zrobiono eksperyment, pokazując grupie ludzi z afrykańskiej wioski film z nieznanego im świata. Na koniec zadano jedno pytanie: co widzieli? Wiesz, jaka była odpowiedź? Widzieli kurę. Był to jedyny element, który potrafili rozpoznać jako posiadający dla nich znaczenie, bo jedyny znajomy.
 
Zmiany następujące we współczesnym świecie, pokazują, że różne rzeczy mogą wyglądać na wiele rozmaitych sposobów, w zależności od tego, kto i w jakim celu ich używa. To są kwestie, na które tradycjonalistyczne społeczeństwa się zamykają. A w gruncie rzeczy ten relatywizm, którego tak boją się tradycjonaliści, jest jednym z podstawowych atrybutów współczesnego świata. Powinniśmy to zaakceptować i nauczyć się widzieć. Ale to wymaga treningu kulturowego.
 

Często spotykamy się z dewaluacją sztuki korzystającej z naukowych rozwiązań?

 

Powstaje wiele wystaw, na których mieszane są eksponaty artystyczne z naukowymi i technologicznymi. To pokazywanie sztuki obok nie-sztuki pozwala nam zaobserwować pokrewieństwo myślowe, podobieństwo efektów, kiedy obrazy produkowane przy okazji badań naukowych i obrazy tworzone celowo w intencjach artystycznych, nagle ujawniają swoje powiązania. Okazuje się, że nie tylko granice nauki się rozmywają, to samo dotyczy sztuki. Być może wątpliwości, które pojawiają się, gdy zamkniemy się w polu sztuki, znikają w heterogenicznym sąsiedztwie. Powinniśmy zastanowić się nad specyficznością podejścia artystycznego do tych kwestii, a nie zastanawiać się, czy sztuka może pomóc coś zrealizować i czy jest to porównywalne do tego, co uzyskuje nauka.

 

Czy widzi Profesor jakiś progres, jeśli chodzi o edukację artystyczną nowomedialną, biotechnologiczną?

 

Sądzę, że wciąż są to raczej indywidualne wybory. Wiem, że uczelnia gdańska za sprawą Grzegorza Klamana i Jarka Czarneckiego (Elvin Flamingo) ma aspiracje, by pójść w tym kierunku. Ma to sens tak długo, jak celem jest stworzenie ram, wewnątrz których młodzi twórcy nie będą obawiać się krytyki czy odrzucenia za tworzenie nieco odmiennej sztuki. Działań artystycznych, które zakładają, że dzieła są raczej hodowane niż budowane, bardziej odnajdywane niż konstruowane, gdzie procesy twórcze będą polegały na relacjach z żyjącymi organizmami, z których to relacji wyłonią się ważne dla nich problemy, nierozpoznawane dotąd w naszym otoczeniu jako problemy artystyczne. Tego nie można nauczać („to teach someone”), można zapewnić twórcom warunki by sami się uczyli („to make them learn”).

 

Domyślam się, że ten proces nigdy się nie kończy?

 

Studiując literaturę, zainteresowałem się filmem, interesując się filmem odkryłem, jak sztuka wideo zmienia sposoby społecznego funkcjonowania kin, a potem odkryłem, że obraz w sztuce zaczyna spełniać coraz to nowe i nowe funkcje. Podążałem za tym, starając się zrozumieć proces zmian, od linearnych struktur wizualnych poprzez generatywne do interaktywnych, a następnie uświadomiłem sobie, że teraz najważniejsze dla przeobrażeń sztuki i jej prawdopodobnych przyszłych upostaciowień jest to, co dzieje się pomiędzy nią a jej różnymi otoczeniami. To sprawia, że ciągle trzeba się czegoś uczyć i nigdy nie można występować w roli eksperta.

 

Wywiad po raz pierwszy ukazał się w bezpłatnym magazynie "Ręcznik".